Szybciej, efektowniej, bardziej kontrowersyjnie i… Mniej? Tak. Dzisiaj na odstrzał poszedł jeden z moich ulubionych gatunków gier, czyli shootery z perspektywy pierwszej osoby. Pierwsze zdanie idealnie opisuje sytuację, jaka dzieje się ostatnimi czasy na rynku gier video. Chcecie przykład? Popatrzcie na Call of Duty: Modern Warfare 2. Pomimo fantastycznych recenzji i fenomenalnych wyników sprzedaży gra nie została tak ciepło przyjęta jak jej poprzedniczka przez najważniejszy segment tej całej piramidy, czyli przez graczy. Rozgrywka pędzi niczym pociąg w kampanii single player dając nam przy okazji masę wybuchów (czytając to nadal patrzcie na moje pierwsze zdanie), później daje nam okazję do wyrżnięcia w pień cywili na lotnisku żeby… Zawieść w multiplayerze.

Oj, tak, tak. Nie przesłyszeliście się. Jestem fanem serii Call of Duty od jej pierwszej części. Każda z nich lądowała na mojej półeczce z grami w dniu premiery. Pod pewnym względem można nazwać mnie maniakiem serii, ale raczej tylko pod względem trybu multiplayer. Nie był on nigdy szczególnie porywający i konkurencyjny w porównaniu chociażby z serią Battlefield, ale jego oblicze z pewnością zmieniło Call of Duty 4: Modern Warfare. To zaś co pokazał sequel tej gry to parodia z online’owego środowiska. Zredukowanie liczby do 18 graczy na serwerze (9 w drużynie? Tylko?!?) i wykasowanie serwerów dedykowanych zostawiając możliwość „losowego” dołączenia do gry to kpina. Jako zatwardziały weteran tysięcy potyczek internetowych jestem w szoku – dostaliśmy rękawiczką w twarz od Infinity Ward, które przez tyle lat tak nas zachwycało. Mniejsza w tym wszystkim o graczy konsolowych, ale czy na PCty naprawdę tak trudno było postarać się o stworzenie możliwości graczom gry ze znajomymi na własnych serwerach? A przede wszystkim – możliwości ćwiczenia własnej taktyki do meczów klanowych? Co z tego, że dostaliśmy w zamian trylion opcji wyboru głupiego okienka, które pojawia się przeciwnikowi w momencie, w którym wpakujemy mu serię w plecy. Cóż z tego, że boosty, które poprawiają nasze umiejętności na polu bitwy możemy ,,wymaksować” do granic możliwości. No i na koniec: co z tego, że mogę użyć helikopterów, samolotów, wszelkiej maści bomb i atomówki skoro na serwerze mam tylko 18 osób? Rzecz to dla mnie niepojęta. Możliwość rozwalania na części pierwsze arbuzów w multiplayerze naprawdę tak mocno do mnie nie przemawia. A żeby nie dać rady utrzymać przynajmniej dodatkowych dziesięciu zapaleńców na serwerach? Nie przeboleję tej straty.

Reszta gier również daleko nie odbiega pod względem złożoności multiplayera: kolejny do odstrzału jest Battlefield: Bad Company 2, który pomimo widowiskowo zapadających się budynków i milionów pojazdów dostępnych na mapie daje możliwość gry jedynie 24 graczom. To jednak jest jeszcze do wybaczenia biorąc pod uwagę fakt, iż poprzednia część obsługiwała dokładnie tyle samo osobników na serwerze i jakoś to wszystko dawało radę. Tak czy siak: poczekamy do premiery i zobaczymy. Kolejnym przykładem gry, która chce zrobić więcej, ładniej i lepiej jest najnowsze podejście w serii Medal of Honor. Po trailerze tej gry załamałem ręce – gdzie się podział klimat poprzednich części? Czy teraz naprawdę nie ma czego pokazać w grze oprócz faceta na krześle z kółkami obwieszonego ładunkami wybuchowymi?

Żeby jednak nie być aż tak pesymistycznie nastawionym względem moich ukochanych FPSów powiem coś, co zaskoczyło mnie w mijających tygodniach. „Perełką” dla mnie stała się gra MAG na Playstation 3 dająca możliwość gry do 256 graczy naraz (sic!). Wersja beta była dla mnie wystarczającym powodem do zakupu pełnej wersji gry i jestem bardzo z tego powodu szczęśliwy. Co prawda mapy, na których walczy tylu wojowników, są całkowicie pozbawione zniszczalnych obiektów, ale nikomu to nie przeszkadza! Wszyscy bawią się w najlepsze i moje jedyne spostrzeżenie względem tego tytułu: w grze panuje zbyt wielki chaos – wiadomo, przez tak dużą liczbę graczy. W czasie misji, w której walczy się na serwerze z 63 zapaleńcami, gra wypada obłędnie – wszystko jest na swoim miejscu i cała rozgrywka ma fenomenalny aspekt taktyczny. O intensywnej strzelaninie oczywiście nie zapominając.

Co więc takiego dzieje się z tymi FPSami w dobie ostatnich lat? Mamy w nich coraz więcej efektów wewnętrznych (możliwość stworzenia własnej postaci, doboru ubranka i pokolorowania broni – no prawie jak Simsy!), ale coraz mniej patrzy się na zewnętrzny aspekt gry. Nie mam tu na myśli bynajmniej grafiki, która przy obecnym rozwoju techniki, jest obłędna, ale chodzi mi tutaj o coś, o czym twórcy gier wyraźnie zapominają. Multiplayer to rywalizacja i jednocześnie współpraca między graczami. Wrzucanie dziesięciu różnych trybów będących wariacją standardowego deathmatcha (vide Modern Warfare 2) jest totalnym pudłem. Dodatkowo żeby poczuć tą „współpracę” i „konfrontację” trzeba mieć także na uwadze jeszcze jedną ważną kwestię – liczbę osób grających na serwerze. Jeżeli rynek pozostanie taki, jakim jest teraz to za dziesięć lat przy okazji premiery kolejnej gry z serii Call of Duty lub Medal of Honor dostaniemy pięciu graczy na serwerze, z czego jeden będzie sędzią. No cóż… „przynajmniej grafika będzie ładna…