Kilka lat temu nawet by mi się nie przyśniło, że mogłoby istnieć coś takiego jak DLC (Downloadable Content – przyp. red.). Świadomość płatnego dodatku do gry, którą zakupiłem przed kilkoma dniami, tygodniami, a czasem nawet miesiącami byłaby dla mnie nie do zniesienia. Jako zatwardziały gracz PC-towy od najmłodszych lat nauczony byłem, że jedynymi dodatkami, jakie mogą istnieć do gier są mody tworzone przez twórców gry, bądź też innych graczy. Edytory misji oraz map to jeden ze standardów do jakich przyzwyczaiły nas „PieCe”. Konsole nauczyły nas co nieco o DLC.

DLC to popularna ostatnimi czasy forma zarabiania pieniędzy na graczach. Firmy prześcigają się pomysłami w jaki sposób zrobić w przysłowiowego „konia” tysiące graczy na całym świecie i zmusić ich by przelewali tysiące dolarów do własnej kieszeni. Sposób to niewątpliwie podły i godny pożałowania.

Weźmy za przykład taką sytuację: kupuję grę X, która daje mi możliwość gry wraz z moimi znajomymi w trybie co-op. Dajmy na to, że mam siódemkę dobrych znajomych wraz z którymi ruszam na podboje kolejnych questów – razem zabijamy potwory i inne maszkary, razem zbieramy złoto i razem podnosimy się z martwych, gdy wokół zrobi się zbyt „gorąco”. Uczuć jakie targają przy tego typu zabawie graczom tłumaczyć nie muszę – słowa nie opiszą tego co czuje serce. Reszcie natomiast mogę tylko powiedzieć: adrenalina zyskuje tutaj zupełnie nowego znaczenia. Wracając jednak do meritum: zacząłem się tak bawić ze znajomymi i w przeciągu dwóch tygodni przeszliśmy połowę gry i wszyscy jesteśmy zadowoleni. Nagle, niespodziewanie, twórcy gry X postanawiają wydać DLC, który „tak szybko stworzyli dla graczy w przeciągu dwóch tygodni od jej premiery”. Prawda jest oczywiście taka, że ów „dodatek” wycięty został na prośbę wydawcy z pełnoprawnego tytułu miesiąc przed jego oficjalną premierą. Dzięki temu sprytnemu zabiegowi wszyscy na tym zyskują. No właśnie – wszyscy?

Załóżmy, że ów dodatek kupiła piątka z naszej ośmioosobowej paczki. Świat w ich grze rozszerzony został o kolejne elektroniczne metry kwadratowe, natomiast nasza nieszczęsna trójka pozostała przy „podstawce” gry z niedokończonymi questami i umiejętnościami, które zdeklasowane zostały już przez naszych kolegów wraz z instalacją najnowszego DLC na dyskach ich konsol. Wyobraźmy sobie teraz, że owi koledzy ruszają na podbój nowej krainy i żądają od nas żebyśmy kupili najnowszy DLC. My jako zatwardziali gracze mówimy, że najpierw trzeba przejść podstawową wersję gry i zdobyć wszystko, co jest możliwe do zdobycia. Jeden broni się nawet argumentem, że jest za młody na posiadanie karty kredytowej, a rodzice nie chcą się zgodzić na kupno przez internet, bo nie ufają tego typu transakcjom. Karty pre-paid też odpadają w tym wypadku – w Polsce nie są dla nas dostępne, przez co skazani jesteśmy na banki. Piątka DLC-owa postanawia nas olać i grać w swojej grupie. I tak kończy się nasza zabawa w grę X. Być może przy okazji premiery gry Y zagramy znowu razem. Może też tamta piątka z góry nas skreśli mówiąc, że „to są lamerzy, oni nie kupują DLC”. I cóż począć w takiej sytuacji? Nie pozostaje nic innego jak zapłakać i powspominać stare, dobre czasy – kiedy gry były tanie, a DLC nie istniały.